Dr Aureliusz Kosendiak ukończył prestiżowy triatlon
Klagenfurt to miasteczko położone u podnóża Alp, w sąsiedztwie pięknego jeziora Wörthersee w południowo-zachodniej Austrii. W tym roku organizowano 15. edycję zawodów. Na starcie stanęli najlepsi zawodnicy w tym rekordzista świata na tym dystansie. Dr Kosendiak zajmuje się triatlonem hobbystycznie i już 2-krotnie ukończył tego typu zawody. Przygotowania do tego typu wyzwań, bo tak to można określić, wymagają zarówno ogromnej pracy fizycznej, jak i psychicznej. Do Klagenfurtu został zaproszony przez firmę Emarketing Experts z Warszawy, która zapewniła mu pakiet startowy ponad 500 euro oraz noclegi w hotelu. Start do zawodów odbył się o 7 rano, 3000 uczestników, po sygnale z armaty, wbiegło do jeziora, żeby zmierzyć się ze swoimi słabościami na tym morderczym dystansie. Ostatni jednokilometrowy odcinek pływania odbywał się bardzo wąskim kanale, po obu jego stronach stało wiele tysięcy kibiców.
- To - mówi dr Aureliusz Kosendiak - były bezcenne wrażenia, gdy płynie się w trzytysięcznej ławicy niesionym dopingiem tłumu.
Drugą konkurencją triatlonu jest jazda na rowerze na dystansie 180 km. Organizatorzy poprowadzili uczestników zawodów przepiękną ale bardzo ciężką i wymagającą trasą z licznymi podjazdami o nachyleniach sięgających 12%. Pech chciał, że na 115 km trasy zawodnikowi z naszej uczelni zniszczyła się opona i ponad 65 km musiał jechać na jednym kole, na samej rawce. Kosztowało go to bardzo dużo sił, opanowania psychicznego oraz charakteru, żeby dokończyć etap jazdy na rowerze. Wielu zawodników będących na trasie rezygnowało i poddawało się bez walki. Dr Kosendiak dotarł do boksu gdzie zostawia się rower i wybiegł na 42 km trasę maratonu. Pomimo ogromnego zmęczenia, bólu nóg, kurczy mięśniowych kontynuował bieg w bardzo niesprzyjających warunkach panował prawie 30 stopniowy upał. Po 11 godzinach i 37 minutach zameldował się na mecie, niesiony wrzawą i dopingiem kibiców z flagą Polski i naszego Uniwersytetu Medycznego. Pomimo licznych kryzysów, wielu straconych niepotrzebnie sił na uszkodzonym rowerze, ukończył sam bieg z 475 wynikiem. Wynik jest tu jednak dla niego rzeczą drugorzędową. Najważniejsze to dobra zabawa, umiejętność pokonywania własnych słabości oraz motywowanie innych do podejmowania jakże ważnej systematycznej aktywności ruchowej.
Za każdym razem, gdziekolwiek dr Aureliusz Kosendiak startuje, zawsze podkreśla, że jest pracownikiem Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Ten heroiczny wysiłek i walkę na 226-kilometrowym dystansie chciałby zadedykować wszystkim tym, którym brakuje motywacji oraz tym, którzy często i łatwo rezygnują z realizacji własnych celów i marzeń.
Galeria zdjęć