Pacjent zagubiony w cyberprzestrzeni
Internet stał się pierwszym źródłem informacji na temat zdrowia. Wystarczy wpisać niepokojące objawy, aby w kilka sekund otrzymać diagnozę i plan leczenia wraz z reklamą środka, który natychmiast i na pewno nam pomoże. Problem w tym, że szybkość i dostępność nie zawsze idą w parze z rzetelnością. O tym, jak odróżnić fakty od manipulacji i jak mądrze poruszać się po cyberprzestrzeni, z Miłoszem Lipietą z Katedry i Zakładu Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, lekarzem, rezydentem medycyny rodzinnej i absolwentem kierunku zdrowie publiczne, rozmawia Anna Szejda.
Czy pacjent jest bezpieczny w sieci?
Dużo zależy od samego pacjenta – na ile wierzy w to, co znajduje w Internecie oraz w jakich miejscach szuka tej wiedzy. Ważne jest także, czy potrafi odróżnić prawdziwą informację od szerzących się fake newsów i komu bardziej będzie chciał wierzyć: lekarzom czy chatbotom takim jak ChatGPT.
To znaczy, że ChatGPT zastąpił doktora Google’a?
Zdecydowanie widać taki trend. Coraz częściej przychodzą do nas pacjenci z gotową diagnozą – po "rozmowie" z chatem – i listą leków, które powinniśmy im przepisać. Teraz, w sezonie infekcyjnym, zwykle "wiedzą", że mają grypę lub anginę i tylko konkretny antybiotyk może im pomóc. Trudno ich czasem przekonać, że to niekoniecznie najlepsza, najskuteczniejsza i uzasadniona forma leczenia. Dodam, że ich autodiagnozy zwykle nie są poprzedzone wykonanymi wcześniej testami, które wskazywałyby na zakażenie wirusowe czy bakteryjne.
A czy testy – takie, które można kupić w drogeriach albo zamówić przez Internet – są w ogóle wiarygodne?
Testy typu combo pomagają różnicować najczęstsze infekcje wirusowe, które dają podobne objawy jak infekcje bakteryjne. W przypadku innych testów warto sobie zadać pytanie, czy ich wynik ma znaczenie kliniczne. Dla nas zwykle nie ma. To znaczy, że nie zmienia decyzji diagnostycznej ani terapeutycznej – nawet jeśli wyjdzie dodatni lub ujemny i tak musimy oprzeć się na badaniu pacjenta, objawach oraz wiarygodnych badaniach laboratoryjnych.
A skoro zeszliśmy na temat testów, są inne, mało miarodajne, które można znaleźć w sieci. Chodzi o teksty, które pacjenci wypełniają na różnych, niekoniecznie sprawdzonych stronach i wierzą, że odpowiadając na kilkanaście czy kilkadziesiąt pytań, otrzymują trafną diagnozę zaburzeń psychicznych lub neurorozwojowych, takich jak depresja, ADHD czy ASD (zaburzenie ze spektrum autyzmu). W tej sytuacji również mamy wiele niebezpieczeństw: rozpoznania mogą być błędne, a objawy wynikać z zupełnie innych czynników.
Jakie inne choroby pacjenci z łatwością u siebie diagnozują?
Insulinooporność – nawet bez wyników badań insuliny i glukozy. Wystarczy, że mają problem ze zrzuceniem wagi, że bywają zmęczeni i już wiedzą, co jest tego przyczyną. Oczywiście, jeśli wpiszemy w ChatGTP te dwa objawy, to prawdopodobnie obok innych potencjalnych rozpoznań wskaże on też insulinooporność, ale to nie znaczy, że właśnie na nią choruje pacjent.
Oddajmy jednak pacjentom sprawiedliwość. Wielu z nich zapewne postępuje w ten sposób, bo oboje wiemy, ile czeka się na wizytę u specjalisty…
Owszem, dostępność wizyt specjalistycznych wciąż bywa ograniczona, więc pacjent chce skrócić drogę do diagnozy. I to jest zrozumiałe. Jednak Internet daje złudne poczucie kontroli nad zdrowiem.
Rozumiem, że samodzielne diagnozy utrudniają Wam, lekarzom, pracę, przedłużają wizytę, na którą macie określoną liczbę minut, ale chyba nie są niebezpieczne.
Nie są, o ile pacjent w ogóle trafi do gabinetu. Bo bywa też tak, że chory sam się zdiagnozuje i będzie leczył tym, co uzna za stosowne…
… albo tym, co zobaczy w reklamie. Zwłaszcza social media promują cudowne terapie.
Niestety, znane są przypadki osób chorujących na nowotwory, które rezygnowały z tradycyjnej terapii na rzecz medycyny alternatywnej, cudownych leków czy wlewów reklamowanych w social mediach. Często nie znamy ich składu ani procesu produkcji, a reklamy wykorzystują zmanipulowane wypowiedzi ekspertów.
Inny przykład samoleczenia czy też jego braku: podwyższony cholesterol. Są pacjenci, którzy uważają, że dziś niemal każdy ma podwyższony i pozostają przy zakupie suplementów, zamiast zgłosić się do lekarza. A my, robiąc badania, patrzymy na problem szerzej, wykorzystujemy specjalistyczne kalkulatory do obliczenia ryzyka chorób sercowo-naczyniowych, łączymy to z wartością ciśnienia, wiekiem i płcią pacjenta, informacjami na temat aktywności czy palenia tytoniu. I dopiero pełny obraz pozwala wdrożyć skuteczną terapię. Pacjent, który kuruje się samodzielnie, naraża się na opóźnioną diagnozę, a przez to i gorsze efekty leczenia.
Wspomniał Pan o ciśnieniu, którego prawidłowe normy co jakiś czas są aktualizowane. Pacjenci pewnie nawet nie mają tej świadomości…
Owszem, dlatego jeśli chcą poszukać informacji w sieci, warto, aby korzystali ze sprawdzonych, rzetelnych źródeł i sprawdzali datę ich publikacji, bazowali na najnowszych. Według aktualnych wytycznych za optymalne uznaje się wartości poniżej ok. 120 mmHg ciśnienia skurczowego i 70 mmHg ciśnienia rozkurczowego. Wyróżniamy też kategorię podwyższonego ciśnienia tętniczego, która wymaga modyfikacji stylu życia, a przy braku efektywności włączenia farmakoterapii. Natomiast nadciśnienie tętnicze rozpoznaje się przy utrwalonych wartościach ≥140/90 mmHg. Warto wspomnieć, że wartości prawidłowych wyników profilu lipidowego również ulegają zmianie.
Skąd te zmiany?
To efekt wieloletnich badań populacyjnych pokazujących, że ryzyko chorób sercowo-naczyniowych zaczyna rosnąć wcześniej, niż sądzono jeszcze kilkanaście lat temu. Nowe wytyczne uwzględniają też lepsze metody oceny ryzyka i kładą większy nacisk na profilaktykę. Dlatego normy są aktualizowane, aby wcześniej identyfikować pacjentów wymagających modyfikacji stylu życia oraz czynników ryzyka.
Wróćmy do sprawdzonych źródeł wiedzy. Jakie Pan poleca?
Z ogólnodostępnych portali warto wspomnieć o Medycynie Praktycznej czy stronach państwowych instytucji odpowiedzialnych za zdrowie. Są też witryny Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization – WHO) czy Centers for Disease Control and Prevention (CDC). Każda z nich ma tłumaczenie na język polski i zawiera informacje zgodne z EBM (ang. evidence-based medicine, medycyna oparta na faktach). Z ostrożnością należy natomiast podchodzić do nieznanych portali czy wystąpień influencerów, którzy nie mają kierunkowego wykształcenia, za to często mają umowy reklamowe z producentami leków czy suplementów. Pamiętajmy, że popularność w sieci nie jest równoznaczna z kompetencjami. Niebezpieczne mogą być również fora pacjenckie, które w żaden sposób nie są moderowane.
A interpretacja wyników badań laboratoryjnych przez ChatGPT? Wie, co oznaczają poszczególne symbole, ma zaznaczone normy.
Teoretycznie tak. Byłbym jednak ostrożny, bo nie każde odchylenie od normy musi oznaczać problem zdrowotny, a narzędzia internetowe nie mają pełnego kontekstu klinicznego. Lekarz, który zna historię chorób pacjenta, będzie wiedział wiedział, że dana wartość może mieć związek z przebytą chorobą albo przewlekłym schorzeniem. ChatGPT czy Google nie mają takiej wiedzy, a stąd już krótka droga do błędnej diagnozy. Zbyt duże stężenie żelaza nie musi oznaczać nowotworu, a podwyższony poziom płytek krwi wiązać się z chorobą hematologiczną. Nie polecam więc nadmiernego konsultowania stanu zdrowia ze sztuczną inteligencją, bo może prowadzić do lęku zdrowotnego.
Spotkałam się ostatnio z określeniem cyberchondria.
Tak, to zjawisko, które narasta. Powszechny dostęp do sieci sprawia, że pacjenci, czasem nadmiernie, analizują swoje zdrowie, wpisują objawy, stawiają diagnozy i niepotrzebnie wpadają w spiralę lęku, martwiąc się, że dolega im coś poważnego. A potem przychodzą do gabinetu z listą schorzeń, na które – według nich – cierpią i… wracamy do tego, o czym mówiliśmy na początku. Nie twierdzę, że ChatGPT zawsze się myli. Może mieć rację, bazuje przecież na wielu, także naukowych, źródłach. Nie warto jednak oddawać swojego zdrowia wyłącznie w "ręce" sztucznej inteligencji.
Sieć to także reklamy, o których już wspominaliśmy. Wiele z nich promuje całkowicie legalne wyroby, nie tylko te nieznanego pochodzenia.
To prawda, w związku z czym obserwujemy problem nadmiernego wykorzystania medycyny naturalnej. Wydawałoby się, że zioła to samo zdrowie, ale nie zawsze i nie w połączeniu z innymi lekami, jakie pacjenci przyjmują bez konsultacji z lekarzem czy farmaceutą. Takich niepożądanych interakcji jest cała masa. Dziurawiec może zaburzyć działanie doustnych środków antykoncepcyjnych, co wiąże się z ryzykiem nieplanowanej ciąży. W połączeniu z lekami przeciwdepresyjnymi może prowadzić do niebezpiecznego, nadmiernego pobudzenia receptorów serotoninowych, a przyjmowany razem z lekami immunosupresyjnymi zwiększa ryzyko odrzucenia przeszczepu. Żeń-szeń, reklamowany jako preparat na wzrost energii, w połączeniu insuliną czy doustnymi lekami przeciwcukrzycowymi, zwiększa ryzyko hipoglikemii, czyli spadku poziomu cukru we krwi, który może prowadzić do śpiączki. Mamy też coraz więcej opisywanych przypadków uszkodzeń wątroby wywołanych przyjmowaniem suplementów wspierających odchudzanie, choć dotyczy to bardziej cudownych preparatów z social mediów, które można kupić wyłącznie przez Internet z nie do końca znanych źródeł.
A ruchy antyszczepionkowe? Wciąż mają się dobrze?
Niestety tak i mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia. Wciąż są rodzice, którzy ulegają dezinformacji i nie stawiają się z dziećmi na obowiązkowe szczepienia, np. przeciwko WZW typu B, odrze, śwince, krztuścowi, błonicy czy różyczce. Zgłaszamy takie rodziny do sanepidu, ale jest to ogromny problem, który wpływa na zdrowie populacyjne i zbiorową odporność.
Argumentacja się zmienia, czy wciąż dominuje narracja o autyzmie?
Tak, rzekomy autyzm – mit, którego nie potwierdziły żadne badania – wciąż jest obecny. Słyszymy też, że szczepienia zawierają toksyny, że przeciążają układ odpornościowy, że lepiej przechorować i w ten sposób zyskać odporność. Często też pada argument, że szczepionki są po to, aby mogły na nich zarobić koncerny farmaceutyczne. Dlatego warto powtarzać, że po szczepieniach, tak samo jak przy każdych innych lekach, mogą zdarzyć się działania niepożądane. To jest wpisane w charakterystykę tych produktów, ale zaczerwieniona kończyna czy podwyższona temperatura to naturalna reakcja organizmu, zwykle krótkotrwała, a nie znak, że dzieje się coś złego.
Czy możemy w ogóle mówić o jakiejś grupie wiekowej, która jest szczególnie podatna na dezinformację?
Nie, po prostu każda grupa wpada w pułapki niebezpieczeństw w innych miejscach. Młodych ludzi zalewają treści z TikToka, a seniorów z telewizji. W przypadku tych drugich wystarczy spojrzeć, ile jest reklam i jakich. Jest ich mnóstwo i głównie są ukierunkowane na zdrowie. Różnica jest taka, że młodsze pokolenia częściej przychodzą do nas z gotową diagnozą i jedyne, czego oczekują to recepta i e-zwolnienie.
Pewnie stąd taka popularność e-przychodni, e-konsultacji, receptomatów itd.
Tak jest najprościej i najszybciej, ale nawet pogłębiona telekonsultacja nie zastąpi najprostszego badania fizykalnego. Jedyny plus jest taki, że ograniczono działalność "zielonych receptomatów" oraz możliwość przepisywania leków psychotropowych przez internetowe przychodnie.
Co nie znaczy, że nadmierne przyjmowanie innych leków przestało być problemem…
Nie przestało. Sklepy spożywcze, stacje benzynowe – tam wciąż są całe półki leków. Wiele z nich ma tę samą substancję leczniczą, ale inną nazwę. Jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę: "Co wziąć na ból głowy?", pojawi się lista leków, które mają w składzie paracetamol lub ibuprofen. Łatwo je więc przedawkować, co może prowadzić do uszkodzenia wątroby i nerek, zaburzeń ciśnienia czy krwawień wewnętrznych.
Lista zagrożeń, o których mówimy, jest coraz dłuższa, a przecież nie tylko ciało może ucierpieć…
Obserwujemy coraz więcej zaburzeń psychicznych i społecznych, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Ich życie toczy się w sieci, wolą napisać na komunikatorze, niż porozmawiać – nawet będąc w tym samym pomieszczeniu. Czerpią wzorce z social mediów, myśląc, że powinni wyglądać i żyć tak jak influencerzy. Stąd presja idealnego ciała, problemy z odżywaniem i niską samooceną, a w konsekwencji nawet samookaleczenia czy próby samobójcze. Nie jest to problem słabej jednostki, to zjawisko, które staje się poważnym wyzwaniem zdrowia publicznego.
Na koniec chciałabym zapytać o aplikacje. Czy one też mogą być niebezpieczne?
Aplikacje, które przypominają, żeby wypić szklankę wody czy przyjąć lek, na pewno nie czynią szkody. Podobnie aplikacje tworzone przez zespoły medyczne i informatyczne, jakie powstają na przykład na naszej uczelni. Istnieją narzędzia, które potrafią dość rzetelnie zmierzyć tętno, ale stwierdzenie, że zegarek wykona pełne 12-odprowadzeniowe EKG na ten moment wydaje się być dużym wyolbrzymieniem. Niektóre zegarki potrafią wprawdzie rejestrować zapis podobny do jednoodprowadzeniowego EKG, ale z pewnością nie zastąpi on badania medycznego. Spójrzmy też, ile jest aplikacji nieznanego pochodzenia. Z łatwością je pobieramy, wpisujemy do nich dane wrażliwe, jednostki chorobowe, zapominając o RODO i innych kwestiach związanych z cyberbezpieczeństwem. A przecież nie wiemy, na jakich serwerach są zbierane i jak zostaną wykorzystane.
A w telefonach czy laptopach trzymamy skany i zdjęcia całej dokumentacji medycznej…
Dokładnie, choć w każdej chwili sprzęt może zostać zawirusowany. Poza tym wrzucamy do ChatGPT zdjęcia wyników – łącznie ze wspominanymi danymi – a te informacje zostają w przestrzeni internetowej, podobnie jak historia wyszukiwania. Nie dziwmy się więc treściom reklam, jakie widzimy. Co więcej, bądźmy na nie szczególnie uczuleni. Bo jeśli będziemy sprawdzać w sieci informacje na temat leczenia otyłości, to na pewno wyświetlą nam się reklamy cudownych, innowacyjnych terapii, dzięki którym bez diety i ćwiczeń uzyskamy wymarzoną sylwetkę. Prawda jest taka, że prawdopodobnie jedyne co odchudzimy, to nasz portfel. To czysty marketing.
Fot. Tomasz Walów