Wiedza buduje świadomość
UMW zainaugurował Rok Profilaktyki, który obejmie szereg działań związanych z prewencją zdrowia i edukacją. O tym, jak uczelnia chce przesunąć akcent z leczenia na zapobieganie, dlaczego profilaktyka to coś więcej niż „badania od czasu do czasu” oraz po co potrzebne są standardy kształcenia w zawodzie profilaktyka, z dziekanem Wydziału Nauk o Zdrowiu UMW dr. hab. Łukaszem Rypiczem rozmawia Alicja Giedroyć.
Rok Profilaktyki na UMW – brzmi dumnie, ale też zobowiązuje. Co ma się realnie zmienić po tych 12 miesiącach: wśród studentów, pracowników, a także poza środowiskiem uczelni?
Rok Profilaktyki na UMW nie jest jednorazową inicjatywą, lecz kontynuacją działań zapoczątkowanych w 2025 roku, który Senat RP ogłosił Rokiem Edukacji Zdrowotnej i Profilaktyki. Od początku myślimy o tym procesowo – jako o budowaniu odporności społeczeństwa na czynniki ryzyka chorób cywilizacyjnych, wzmacnianiu świadomości zdrowotnej i rozwijaniu kompetencji zdrowotnych. Na uczelni wiele już się dzieje: kształcimy nauczycieli edukacji zdrowotnej, opracowaliśmy podręcznik do edukacji zdrowotnej, prowadzimy kampanię #nabieramyodwagi oraz „Porusz serce” i liczne działania dla naszej społeczności oraz otoczenia zewnętrznego. Warto podkreślić, że uczelnia medyczna ponosi szczególną odpowiedzialność nie tylko za studentów i pracowników, ale także za swoje otoczenie. Chcielibyśmy, aby efektem tych działań była trwała zmiana postaw – bo to styl życia pozostaje najważniejszą determinantą zdrowia i jednym z największych wyzwań współczesnego zdrowia publicznego. Jeśli za rok będziemy mogli powiedzieć, że zaczęliśmy zmieniać sposób myślenia o zdrowiu z reaktywnego na zapobiegawczy, uznam to za realny sukces.
Profilaktyka wielu osobom kojarzy się z podejściem: „zbadam się od czasu do czasu, ale bez robienia z tego wielkiej filozofii”. Jak Pan by to odczarował – co dziś jest sednem profilaktyki, jeśli potraktujemy ją szerzej niż tylko badania i szczepienia?
Profilaktykę wciąż zbyt często sprowadzamy do badań wykonywanych „od czasu do czasu”, tymczasem jej sednem jest przejście od reagowania na chorobę do proaktywnego promowania zdrowia. Oznacza to patrzenie szerzej – z uwzględnieniem determinant społecznych, środowiskowych i psychicznych – oraz dopasowanie działań do indywidualnych potrzeb i czynników ryzyka. Niestety, nadal notujemy niską zgłaszalność na podstawowe badania przesiewowe, takie jak: mammografia, cytologia czy kolonoskopia, dlatego tak duży nacisk powinniśmy kłaść na profilaktykę pierwotną, czyli zapobieganie chorobom, zanim w ogóle się pojawią. Nasza dość nonszalancka relacja z własnym zdrowiem jest w dużej mierze konsekwencją wieloletnich zaniedbań w edukacji zdrowotnej. A przecież to właśnie wiedza buduje świadomość, a ona jest fundamentem kompetencji zdrowotnych.
Trzeba też uczciwie powiedzieć: zmiana myślenia o profilaktyce nie wydarzy się w perspektywie kilku lat. Jeśli jednak podejdziemy do niej poważnie i będziemy działać równolegle na wielu poziomach – od edukacji po rozwiązania systemowe – realne efekty zobaczymy za jedno-dwa pokolenia. W zdrowiu publicznym myśli się długofalowo, ale najważniejsze jest to, by w ogóle zacząć. Zwłaszcza dziś, gdy starzejące się społeczeństwa i rosnąca skala chorób cywilizacyjnych jasno pokazują, że bez silnej profilaktyki żaden system ochrony zdrowia nie będzie wydolny.
W potocznym myśleniu profilaktyka bywa rozpięta między skrajnościami: z jednej strony bagatelizowanie („jakoś to będzie”), z drugiej przesada („wszystko kontrolować, wszystkiego się bać”). Gdzie Pan widzi sensowny złoty środek – i jak o nim mówić, żeby ludzie faktycznie wprowadzali zmiany w swoim życiu?
Złoty środek polega na odejściu zarówno od beztroskiego „jakoś to będzie”, jak i od potrzeby kontrolowania wszystkiego. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć każdego scenariusza zdrowotnego, ale możemy znacząco ograniczać ryzyko – przede wszystkim poprzez styl życia. To na nim powinniśmy budować swój osobisty system troski o zdrowie.
Bardzo pomocne jest myślenie o profilaktyce jak o regularnym „check-inie” ze swoim organizmem. Wraz z wiekiem zakres takiej kontroli naturalnie się poszerza, ale jej fundamentem pozostają codzienne wybory: aktywność fizyczna, sposób odżywiania, sen, higiena psychiczna. Problem w tym, że żyjemy szybko i intensywnie, często powtarzając zdanie „nie mam czasu”. Ten czas najczęściej znajduje się dopiero wtedy, gdy coś zaczyna się dziać i trzeba uruchamiać zaawansowane leczenie. Dlatego o profilaktyce warto mówić możliwie najprościej, nie jako o projekcie wymagającym heroizmu, lecz jako o formie elementarnego szacunku wobec własnego ciała i przyszłości. Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, by żyć w ciągłej czujności, ale o to, by żyć wystarczająco uważnie.
Mówi się, że system w praktyce premiuje leczenie, nie zapobieganie. Gdzie Pan widzi największą lukę: w wiedzy, w nawykach, w organizacji systemu, czy w tym, jak (i przez kogo) ludzie są dziś informowani?
Myślę, że to wypadkowa kilku problemów. Wciąż przeznaczamy relatywnie niewielkie środki na profilaktykę, a jednocześnie funkcjonujemy w bardzo złożonym systemie – dysponujemy nowoczesnymi technologiami i wysokospecjalistycznymi procedurami, ale brakuje ich spójnej, centralnej koordynacji. W efekcie pacjent ma prawo czuć się zagubiony, skoro nawet osoby pracujące w ochronie zdrowia niekiedy mają trudność z jednoznacznym wskazaniem właściwej ścieżki postępowania.
Od lat eksperci podkreślają konieczność przesunięcia środka ciężkości z leczenia na zapobieganie. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć – tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Dziś musimy działać równolegle: leczyć tych, którzy wymagają zaawansowanych procedur, ale jednocześnie konsekwentnie inwestować w edukację zdrowotną i profilaktykę od najmłodszych lat. To właśnie tutaj widzę jedno z największych wyzwań zdrowia publicznego – w myśleniu długofalowym. Jeśli chcemy w przyszłości mniej leczyć, musimy już teraz zacząć kształtować pokolenia świadome zdrowia. Profilaktyka nie jest alternatywą dla leczenia; jest warunkiem tego, by system ochrony zdrowia pozostał wydolny.
UMW wydaje podręcznik do edukacji zdrowotnej w czasie, gdy wokół tego tematu jest sporo napięć i sporów. Po co uczelni taki krok właśnie teraz – to jest spokojne „robimy swoje”, czy trochę świadome włożenie kija w mrowisko?
Edukacja zdrowotna nie powinna budzić napięć – ona buduje bezpieczeństwo zdrowotne społeczeństwa. Spory najczęściej rodzą się w przestrzeni politycznej, natomiast rolą środowiska akademickiego jest pozostawanie niezależnym, eksperckim głosem w wyznaczaniu kierunków takiej edukacji. Mówimy przecież o inwestycji w zdrowie społeczeństwa w perspektywie wielu dekad. Jednym z powracających argumentów przy wprowadzaniu edukacji zdrowotnej do szkół był brak podręcznika, z którego mogliby korzystać nauczyciele. Uznaliśmy więc, że jako uczelnia medyczna mamy kompetencje, ale i obowiązek, aby taką publikację przygotować – opierając ją na podstawie programowej i aktualnej wiedzy naukowej. Do współpracy zaprosiliśmy uznanych specjalistów z różnych dziedzin, dzięki czemu powstało opracowanie autorstwa specjalistów z różnych ośrodków, pod redakcją ekspertek UMW. Odnosząc się do pytania – traktuję ten podręcznik nie jako „włożenie kija w mrowisko”, lecz jako odpowiedzialne „robimy swoje”. To praktyczne kompendium – swoista mapa – dla nauczycieli, ale także wsparcie dla rodziców i młodych ludzi. Wierzymy, że uporządkowana, oparta na faktach wiedza jest najlepszą odpowiedzią na emocje, a dobra edukacja zdrowotna zawsze działa na rzecz wspólnego dobra.
Razem z prorektor prof. Agnieszką Piwowar jest Pan w zespole, który ma stworzyć standardy kształcenia w zawodzie profilaktyka. Dlaczego to ważny problem?
Absolwenci zdrowia publicznego mogliby być realnym wsparciem systemu – od profilaktyki, przez planowanie polityki zdrowotnej, po koordynację opieki – ale dziś ich potencjał wciąż jest słabo wykorzystany. Dlatego UMW od miesięcy inicjuje ogólnopolską dyskusję o zmianach: zarówno w kształceniu, jak i w rozwiązaniach systemowych. Kluczowe są prace nad jednolitym „minimum kompetencyjnym”, czyli mini-standardem kształcenia dla zdrowia publicznego. Dziś uczelnie uczą różnie, a potem trudno jasno nazwać kompetencje absolwenta i jego miejsce na rynku pracy. Chcemy, by absolwent był dla systemu „czytelny” – rozpoznawalny pod względem umiejętności, ale bez zabijania interdyscyplinarności i autonomii uczelni. Równolegle mówimy wprost o barierach: brak ścieżki zawodowej i umocowania prawnego. Sam wpis do rejestru profilaktyków niewiele zmienia, jeśli nie idą za tym uprawnienia i konkretne zadania. A to ma konsekwencje także dla rekrutacji – młodzi ludzie pytają: „co dalej po tych studiach?”. Jeśli tego nie uporządkujemy, stracimy kadry, których system naprawdę potrzebuje, zwłaszcza w profilaktyce i zdrowiu populacyjnym.
Gdyby miał Pan wskazać trzy kompetencje, które nadają sens zawodowi profilaktyka – co musi umieć, żeby nie skończyło się na plakatach i sloganach?
Na pierwszym miejscu postawiłbym myślenie analityczne. Profilaktyka musi opierać się na danych – epidemiologicznych, demograficznych czy dotyczących stylu życia – bo tylko wtedy można projektować skuteczne programy zdrowotne i realnie wpływać na politykę zdrowotną, zamiast ograniczać się do intuicji.
Drugą kompetencją jest komunikacja interpersonalna. To zawód dla osób, które rozumieją i lubią ludzi, a także potrafią z nimi rozmawiać – również poza środowiskiem eksperckim. Sztuką jest przełożenie języka specjalistycznego na zrozumiały, bez utraty sensu i wiarygodności przekazu. Nawet najlepszy program profilaktyczny nie zadziała, jeśli nie zostanie dobrze opowiedziany.
Jako trzecią kompetencję wskazałbym sprawczość, rozumianą jako zdolność do działania w złożonym systemie – łączenia środowisk, koordynowania inicjatyw i konsekwentnego wdrażania rozwiązań. Profilaktyka dzieje się między sektorami: w ochronie zdrowia, edukacji, samorządach czy miejscu pracy. Profesjonalny profilaktyk powinien umieć te światy połączyć, aby za strategiami szły realne zmiany, a nie tylko hasła. A najlepsze jest to, że na naszej uczelni uczymy tego dzięki świetnym wykładowcom, praktykom z wieloletnim doświadczeniem – to bezcenne!
Jaką unikalną rolę może odegrać uczelnia medyczna w profilaktyce – taką, której nie zastąpi ani szkoła, ani media, ani nawet system ochrony zdrowia?
Unikalna rola uczelni medycznej polega przede wszystkim na jej eksperckości i wiarygodności. Tworzą ją autorytety w swoich dziedzinach – osoby, które nie tylko śledzą najnowsze osiągnięcia nauki, ale także współtworzą wiedzę. W czasach nadmiaru informacji szczególnie potrzebny jest mocny, rzetelny głos oparty na faktach, a nie na opiniach. To nasza przewaga, ale też zobowiązanie. Uczelnia ma również zdolność myślenia długofalowego – kształcimy przyszłe kadry systemu ochrony zdrowia i wpływamy na sposób, w jaki kolejne pokolenia profesjonalistów będą rozumiały profilaktykę.
Czy ma Pan swoją prywatną „lekcję profilaktyki”?
Myślę, że warto uważnie przyglądać się społeczeństwom, które w tym obszarze radzą sobie lepiej. Włosi przypominają nam, jak ważne jest zwolnienie tempa i celebrowanie czasu z bliskimi – to nie tylko styl życia, ale realny czynnik chroniący zdrowie. Z kolei Japończycy pokazują, jak wiele daje dbałość o jakość posiłków, umiar w jedzeniu i codzienna, lekka aktywność fizyczna. Każdy powinien stworzyć swoją lekcję, dopasowana do potrzeb i możliwości, która realnie będzie poprawiać jego zdrowie.