"Wrócimy po naszych"
Dwa groby zbiorowe i jeden indywidualny odkrył na Wołyniu zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). W pracach uczestniczył dr Łukasz Szleszkowski z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu (UMW). To, ile osób spoczywa w mogiłach, okaże się dopiero po ekshumacjach, na które zgodę musi wydać strona ukraińska. – Gdy tylko ją otrzymamy, wrócimy po naszych – zapewnia lekarz.
Prace archeologiczno-poszukiwawcze, na które Ukraina zezwoliła w grudniu 2025 roku, trwały niespełna dziesięć dni. Specjaliści badali tereny, na których kiedyś znajdowały się Ostrówki i Wola Ostrowiecka (były powiat lubomelski). To właśnie tam 30 sierpnia 1943 roku oddziały ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA zamordowały ponad tysiąc Polaków.
– Dziś po tych wsiach i dawnych zabudowaniach nie ma już śladu, a tereny, które zamieszkiwali nasi rodacy, pokrywają przede wszystkim pola uprawne i łąki. Podczas prac zespół bazował więc na historycznych relacjach świadków, archiwalnych ustaleniach, zdjęciach lotniczych oraz wcześniejszych badaniach i analizach terenowych – mówi dr Łukasz Szleszkowski.
Miejsca pochówku czekają na ekshumacje
Nie był to jego pierwszy wyjazd na Ukrainę. W sierpniu ubiegłego roku, również z zespołem Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN, uczestniczył w ekshumacji szczątków polskich żołnierzy z terenu dawnego cmentarza we Lwowie-Zboiskach. Tym razem zakres działań był jednak inny.
– Mieliśmy odszukać miejsca pochówku, bo tak wygląda procedura wynikająca z ukraińskiego prawa. Dopiero po ich odnalezieniu, określeniu ich przybliżonej wielkości i udokumentowaniu, że znajdują się w nich szczątki ludzkie, strona polska może wystąpić o zgodę na ekshumację – wyjaśnia ekspert z UMW. – Nie eksplorowaliśmy więc grobów i na tym etapie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile osób mogło w nich spocząć ani określić ich płci czy wieku. Trudno to nawet oszacować, ponieważ nie wiemy jeszcze, jaka jest głębokość zbiorowych mogił ani czy ciała składano w nich warstwami.
Ślad, który doprowadził do grobu
Jedno z miejsc spoczynku Polaków ekipa IPN oraz współpracujący z nią przedstawiciele przedsiębiorstwa "Wołyńskie Starożytności" z Ukrainy zlokalizowali już pierwszego dnia poszukiwań, na terenie dawnego gospodarstwa Aleksandra Strażyca w Woli Ostrowieckiej. Na kolejne natrafili w Ostrówkach, w sąsiedztwie fundamentów nieistniejącej szkoły, do której – według źródeł – podstępem ściągnięto, a następnie uwięziono mieszkańców wsi.
– Każde z tych miejsc zostało wcześniej wytypowane do poszukiwań, natomiast grób indywidualny zlokalizowano, opierając się na wskazówkach leśnika, który wiele lat temu znalazł w tym miejscu kość – tłumaczy dr Łukasz Szleszkowski. Jego głównym zadaniem w czasie prac na Wołyniu była ocena szczątków i ich dokumentacja.
Zespół sprawdzał także zagajnik, wykonując odwierty. Specjalnym narzędziem pobierał próbki ziemi i oceniał jej strukturę. Gdyby archeolodzy zauważyli, że warstwy zostały naruszone, mogłoby to wskazywać na obecność grobu. Poszukiwania te nie przyniosły jednak oczekiwanych efektów.
Nie były to pierwsze prace na terenie wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka. Ekshumacje prowadzono tam już w 1992 roku, a następnie w 2011 i 2015 r. Łącznie wydobyto i godnie pochowano wówczas szczątki 674 zamordowanych Polaków, co oznacza, że ponad 300 nadal nie odnaleziono.
– I być może wielu z nich nie uda się już przywrócić tożsamości ani godnie pochować – przyznaje dr Łukasz Szleszkowski. – Tych, którzy byli grzebani indywidualnie, może być trudno odszukać, a takich grobów na pewno jest wiele.
Historia bliska Dolnoślązakom
Postacią, która od lat występuje w przekazach dotyczących poszukiwań w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, jest dr Leon Popek – historyk, archiwista, badacz zbrodni wołyńskiej, pracownik lubelskiego IPN, ale też potomek tych, którzy wówczas zginęli. 30 sierpnia 1943 roku stracił dziadka oraz około dwudziestu członków bliższej i dalszej rodziny, co wpłynęło na jego pracę badawczą i zaangażowanie w upamiętnienie ofiar. W latach 70. rozpoczął zbieranie historii świadków ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA, następnie zainicjował pierwsze ekshumacje i opiekuje się miejscami pochówku Polaków.
– Ta historia jest misją jego życia – uważa wrocławski medyk sądowy i pokazuje książkę z autografem dr. Leona Popka, który otrzymał w czasie pobytu na Wołyniu. Bo dr Popek zawsze jest na miejscu, gdy trwają kolejne prace. – Myślę jednak, że dla nas, Dolnoślązaków, to również bardzo ważne miejsce. Wielu mieszkańców naszego regionu ma kresowe korzenie, a ich rodziny, uciekając przed ukraińskimi nacjonalistami, znalazły tu schronienie i zaczęły nowe życie. Zapewne wielu z nas zna osoby, których rodzinne historie prowadzą na Wołyń.
Fot. Tomasz Trzaska/IPN