Zdrowie nie jest projektem
O tym, jak rozmawiać z młodymi ludźmi o zdrowiu, jak uczyć ich poruszania się w świecie TikToka, influencerów i sztucznej inteligencji oraz dlaczego kompetencje zdrowotne są dziś wyjątkowo ważne, z dr Jolantą Grzebieluch, redaktorką Edukacji zdrowotnej. Podręcznika dla nauczycieli, rozmawia Alicja Giedroyć.
Od 1 września edukacja zdrowotna staje się w szkołach przedmiotem obowiązkowym. Co ta zmiana oznacza z Pani perspektywy – osoby, która współtworzyła podręcznik jeszcze na wcześniejszym etapie wprowadzania tego przedmiotu?
Traktuję to przede wszystkim jako bardzo dużą szansę. Przez wiele lat trochę zakładaliśmy, że młody człowiek wiedzy o zdrowiu nauczy się gdzieś przy okazji. Trochę na biologii, trochę w domu, może od lekarza, a coraz częściej po prostu z Internetu. Tylko że zdrowie jest zbyt ważne, żeby zostawiać je przypadkowi. Obowiązkowość tego przedmiotu sprawia, że edukacja zdrowotna rzeczywiście znajduje swoje miejsce w szkole, również w sensie bardzo praktycznym, w organizacji zajęć i planie lekcji. Każdy uczeń dostaje więc szansę, żeby dowiedzieć się czegoś o tym, co przecież dotyczy go bezpośrednio i będzie dotyczyło przez całe życie – o własnym zdrowiu. Bo trudno wskazać coś, co jest dla nas cenniejsze. Nie chodzi tylko o to, żeby młody człowiek wiedział, co jeść, ile się ruszać czy ile godzin spać. Chodzi o znacznie szersze rozumienie zdrowia – o to, żeby rozumiał swoje ciało i swoje emocje, wiedział, jak budować dobre relacje, jak odpoczywać, jak radzić sobie ze stresem oraz kiedy i gdzie szukać pomocy. Myślę, że bardzo ważne jest też to, żeby młodzi ludzie od początku uczyli się o zdrowiu rozmawiać. Żeby pytanie o zdrowie fizyczne czy psychiczne, o emocje, relacje albo o to, że z czymś sobie nie radzę, nie było czymś wstydliwym czy trudnym.
Gdyby dziś, z wiedzą i doświadczeniami ostatniego roku, ponownie otwierała Pani pracę nad podręcznikiem, co zrobiłaby Pani inaczej?
Myślę, że dzisiaj jeszcze mocniej zaakcentowałabym kwestie związane z dezinformacją dotyczącą zdrowia i zaufaniem do nauki. Bo przez ten ostatni rok jeszcze wyraźniej zobaczyliśmy, że problemem nie jest już brak dostępu do wiedzy. Wręcz przeciwnie, mamy jej ogrom, właściwie na wyciągnięcie ręki. Problem polega na tym, że obok wiedzy rzetelnej funkcjonują informacje nieprawdziwe, uproszczone, wyrwane z kontekstu, a czasami po prostu celowo wprowadzające w błąd. Dla młodego człowieka, choć chyba dla każdego z nas, rozróżnienie jednych od drugich wcale nie jest łatwe. Tym bardziej że dzisiaj treść nie musi wyglądać niewiarygodnie, żeby była nieprawdziwa. Może być świetnie przygotowana, atrakcyjna, może ją przekazywać ktoś, kogo lubimy i komu ufamy, może powoływać się na badania, może być również wygenerowana przez sztuczną inteligencję.
Dlatego chyba jeszcze więcej miejsca poświęciłabym temu, jak budować zaufanie do nauki i jak rozumieć, czym właściwie jest wiedza naukowa. Nie chodzi o to, żeby młody człowiek bezkrytycznie wierzył każdemu, kto występuje w roli eksperta. Wręcz przeciwnie – powinien pytać, sprawdzać, mieć wątpliwości. Ale dobrze, żeby rozumiał różnicę między zdrowym krytycyzmem a podważaniem wiedzy tylko dlatego, że jakaś odpowiedź mu się nie podoba. To jest dla mnie szczególnie ważne w zdrowiu, bo tutaj informacja bardzo szybko może przełożyć się na konkretne zachowanie. Na to, czy ktoś się zaszczepi, czy pójdzie do lekarza, czy zastosuje jakąś dietę, suplement albo „cudowną terapię”, o której dowiedział się z mediów społecznościowych. Więc gdybym dzisiaj wracała do podręcznika, mocniej połączyłabym trzy rzeczy: kompetencje zdrowotne, umiejętność krytycznej oceny informacji i zaufanie do nauki. Nie po to, żeby mówić młodym ludziom, w co mają wierzyć, tylko żeby dać im narzędzia do podejmowania własnych, ale świadomych decyzji dotyczących zdrowia.
Obowiązkowość przedmiotu zwiększa jego zasięg, ale sama w sobie nie gwarantuje, że edukacja zdrowotna będzie skuteczna. Co musi się wydarzyć na lekcji i w całej szkole, żeby nie stała się po prostu kolejną godziną w planie?
Przede wszystkim młodzi ludzie muszą poczuć, że ta lekcja naprawdę jest o nich – o ich zdrowiu, codziennym życiu, problemach, z którymi się mierzą i sytuacjach, które dobrze znają. Jeżeli zrobimy z edukacji zdrowotnej kolejny przedmiot oparty przede wszystkim na zapamiętywaniu definicji, sprawdzaniu wiedzy i odtwarzaniu treści z prezentacji, to stracimy ogromną szansę, jaką daje wprowadzenie tych zajęć do szkoły. Ogromnie ważna będzie tutaj rola nauczyciela, bo nawet najlepszy program i najlepszy podręcznik nie zastąpią człowieka, który potrafi zainteresować młodych ludzi, nawiązać z nimi kontakt i stworzyć przestrzeń do rozmowy. Dlatego tak istotne jest dobre przygotowanie nauczycieli edukacji zdrowotnej. Równie ważne jest to, w jaki sposób nauczyciel będzie potrafił tę wiedzę przełożyć na język i codzienność młodego człowieka, czy będzie umiał go zainteresować, słuchać, zachęcić do zadawania pytań i potraktować trochę bardziej po partnersku. Edukacja zdrowotna daje wyjątkową możliwość rozmowy o sprawach, które naprawdę dotyczą młodych ludzi, dlatego zamiast kolejnego komunikatu: „powinniście mniej korzystać z telefonu”, można zapytać, dlaczego właściwie tak trudno jest nam go odłożyć. Chciałabym, żeby na tych lekcjach było dużo rozmowy, pytań i dyskusji, także różnicy zdań, bo zdrowie dotyczy bardzo osobistych doświadczeń i nie na każde pytanie istnieje jedna prosta odpowiedź. Nauczyciel również nie musi wiedzieć wszystkiego. Powinien natomiast wiedzieć, gdzie szukać rzetelnej wiedzy, umieć powiedzieć „sprawdźmy to” i pokazywać młodym ludziom, że pytanie, szukanie odpowiedzi i proszenie o pomoc są czymś zupełnie naturalnym. Edukacja zdrowotna nie może też kończyć się wraz z dzwonkiem, bo trudno przekonująco rozmawiać na lekcji o zdrowiu psychicznym, relacjach, odpoczynku, aktywności fizycznej czy dobrostanie, jeżeli sama szkoła nie tworzy środowiska, które temu zdrowiu sprzyja. Dlatego powodzenie przedmiotu będzie zależało zarówno od dobrze przygotowanych nauczycieli, jak i od tego, czy cała szkoła potraktuje zdrowie jako rzeczywistą wartość, a nie tylko kolejną pozycję w planie lekcji. Jeżeli młody człowiek wyjdzie z zajęć z poczuciem: „to było o mnie, mogłem o coś zapytać, czegoś się dowiedziałem i wiem, co mogę z tym zrobić”, to właśnie wtedy edukacja zdrowotna będzie miała sens.
W podręczniku często pojawia się pojęcie kompetencji zdrowotnych. Czy w świecie TikToka, influencerów i generatywnej AI właśnie to staje się jedną z najważniejszych rzeczy, których szkoła może nauczyć młodego człowieka?
W tym kontekście kompetencje zdrowotne stają się dzisiaj jednymi z kluczowych, które powinniśmy rozwijać od najmłodszych lat. Żyjemy przecież w świecie, w którym dostęp do informacji o zdrowiu jest właściwie nieograniczony, ale jednocześnie jesteśmy nimi bombardowani ze wszystkich stron – z mediów społecznościowych, Internetu, od influencerów, samozwańczych ekspertów, a coraz częściej także za pośrednictwem sztucznej inteligencji. Musimy pamiętać, że kompetencje zdrowotne to także umiejętność odnalezienia się w tym ogromie informacji – znalezienia tej, której potrzebujemy, zrozumienia jej, krytycznej oceny źródła i wreszcie wykorzystania tej wiedzy do podejmowania decyzji dotyczących własnego zdrowia.
Nie bez powodu mówimy dziś o infodemii – sytuacji, w której problemem nie jest już brak informacji, ale ich nadmiar, powodujący, że coraz trudniej odróżnić wiedzę rzetelną i opartą na dowodach od informacji fałszywej czy wprowadzającej w błąd. W takim świecie sama dostępność wiedzy nie wystarcza – trzeba jeszcze umieć się w niej odnaleźć. W tym sensie kompetencje zdrowotne stają się pewnego rodzaju ochroną przed zagubieniem w tym świecie nadmiaru informacji. Dlatego edukacja zdrowotna powinna nie tylko dostarczać młodym ludziom wiedzy, ale przede wszystkim dawać im narzędzia, dzięki którym będą potrafili bezpieczniej i bardziej świadomie poruszać się w świecie, w którym informacji o zdrowiu jest coraz więcej.
Uczeń może dziś w kilka sekund zapytać sztuczną inteligencję o dowolną kwestię zdrowotną i dostać bardzo przekonująco brzmiącą odpowiedź. Jak uczyć młodych ludzi rozpoznawania granicy między informacją wiarygodną a taką, która tylko sprawia takie wrażenie?
Przede wszystkim nie możemy udawać, że TikTok, influencerzy, media społecznościowe czy sztuczna inteligencja nie istnieją, bo to jest świat, w którym młodzi ludzie funkcjonują na co dzień. To właśnie tam szukają odpowiedzi na wiele swoich pytań, także tych dotyczących zdrowia, wyglądu, diety, relacji czy zdrowia psychicznego. Nie zmienimy tego, mówiąc im po prostu: „nie korzystaj”. Znacznie ważniejsze jest nauczenie ich, jak z tych narzędzi korzystać świadomie, odpowiedzialnie i bezpiecznie. Najlepiej robić to przez praktykę. Można podczas lekcji wspólnie przeanalizować film z TikToka, post influencera czy odpowiedź wygenerowaną przez sztuczną inteligencję i zastanowić się, dlaczego dana treść wydaje nam się wiarygodna. Warto pokazywać młodym ludziom, że popularność nie jest równoznaczna z kompetencjami, a atrakcyjna forma i bardzo przekonujący język nie są jeszcze gwarancją prawdziwości informacji.
Podobnie jest ze sztuczną inteligencją. Możemy na lekcji zadać jej to samo pytanie na kilka różnych sposobów, porównać odpowiedzi, sprawdzić, jak zmieniają się w zależności od tego, jak sformułujemy polecenie, i zobaczyć, że AI może również popełniać błędy, nadmiernie upraszczać czy przedstawiać niepewne informacje w sposób, który brzmi bardzo stanowczo. Takie doświadczenie może nauczyć znacznie więcej niż samo powiedzenie uczniowi, że „sztuczna inteligencja czasami się myli”.
Jest jeszcze jeden obszar, o którym zdecydowanie powinniśmy rozmawiać – prywatność. Bardzo łatwo przyzwyczajamy się do rozmowy z chatbotem i po chwili wpisujemy informacje o swoim zdrowiu, objawach, przyjmowanych lekach, problemach psychicznych czy relacjach, wklejamy wyniki badań albo przesyłamy dokumenty, nie zastanawiając się, jakie dane właśnie udostępniamy. Młodzi ludzie powinni więc rozumieć, że korzystanie z generatywnej sztucznej inteligencji wymaga także świadomości tego, jakie informacje o sobie przekazujemy, komu je powierzamy i co może się z nimi dalej dziać.
Bardzo cenne mogą być również spotkania i rozmowy z ekspertami – lekarzem, dietetykiem, psychologiem czy innymi specjalistami, podczas których młodzi ludzie mogą zadawać pytania i zobaczyć, że wiedza ekspercka nie polega na posiadaniu prostej, natychmiastowej odpowiedzi na wszystko. Nauka dopuszcza przecież niepewność, zmianę wiedzy pod wpływem nowych dowodów, a czasami również odpowiedź: „tego jeszcze nie wiemy”.
Czy w takim razie nasz podręcznik dla nauczycieli mógłby być wartościową lekturą także dla rodziców? Są w nim przecież zagadnienia dotyczące żywienia, zdrowia psychicznego, korzystania z Internetu, relacji czy profilaktyki, które nie zaczynają się ani nie kończą wraz z dzwonkiem na lekcję.
Oczywiście podręcznik od początku był pomyślany przede wszystkim jako publikacja dla nauczycieli i to oni są jego podstawowymi adresatami. Zależało nam jednak bardzo na tym, żeby był napisany w sposób przystępny, przyjazny i zrozumiały również dla osób, które nie mają wykształcenia medycznego czy z zakresu nauk o zdrowiu. Dlatego myślę, że może po niego sięgnąć każdy, kto jest zainteresowany zdrowiem. Zdrowie przecież nie jest tematem zarezerwowanym dla specjalistów. Dotyczy każdego z nas i właściwie każdego dnia podejmujemy decyzje, które w jakiś sposób są z nim związane. Zresztą od początku zależało nam na tym, żeby stworzyć nie tyle książkę, którą trzeba przeczytać od pierwszej do ostatniej strony, ile pewnego rodzaju kompendium wiedzy, do którego można wracać wtedy, kiedy pojawia się konkretne pytanie czy potrzeba. I chyba to jest dla mnie szczególnie ważne: formalnie jest to podręcznik dla nauczycieli, ale wiedza o zdrowiu, którą w nim zebraliśmy, jest wiedzą dla nas wszystkich.
Ponad 31 tysięcy pobrań podręcznika to wynik, który pokazuje, że trafił on na dużą potrzebę społeczną. Jak Pani interpretuje to zainteresowanie?
To zainteresowanie przede wszystkim bardzo nas cieszy. Świadczy o tym, że podręcznik rzeczywiście odpowiedział na dużą potrzebę i traktujemy to jako sukces całego zespołu autorów i redaktorów, ale również Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i naszego Wydawnictwa, które tę publikację przygotowało i udostępniło bezpłatnie. Bardzo ciekawe jest również to, po które treści odbiorcy sięgają najczęściej. Wiemy, że szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się dwa rozdziały: Wartości i postawy oraz Zdrowie seksualne. Oczywiście same statystyki nie pozwalają nam powiedzieć, kto pobrał i dlaczego zdecydował się pobrać konkretny rozdział, ale trudno nie zauważyć, że są to jednocześnie obszary, które wywoływały najwięcej pytań, emocji i dyskusji w debacie publicznej wokół edukacji zdrowotnej. Myślę więc, że przynajmniej część tego zainteresowania mogła wynikać ze zwykłej potrzeby sprawdzenia u źródła, co właściwie w tych rozdziałach się znajduje. Podobnie można patrzeć na zainteresowanie rozdziałem dotyczącym wartości i postaw. Warto podkreślić, że rozdział ten, mimo swojej nazwy, w dużej mierze dotyczy bardzo konkretnych zagadnień związanych ze zdrowiem publicznym i profilaktyką. Mnie to nastraja optymistycznie – zamiast opierać swoją opinię na tym, co ktoś powiedział o podręczniku, ludzie postanowili do niego zajrzeć i samodzielnie sprawdzić, co naprawdę w nim jest. Z punktu widzenia edukacji zdrowotnej i tego, jak ważne jest dzisiaj świadome korzystanie z informacji, trudno chyba o lepszą reakcję.
Jak powinniśmy oceniać, czy edukacja zdrowotna rzeczywiście działa?
Myślę, że na efekty edukacji zdrowotnej powinniśmy patrzeć przede wszystkim w dłuższej perspektywie. Oczywiście chcemy, żeby młodzi ludzie byli bardziej świadomi, czuli odpowiedzialność za swoje zdrowie i potrafili dokonywać mądrych wyborów, ale ostateczny cel jest przecież znacznie szerszy – chcemy jako społeczeństwo żyć dłużej i jak najdłużej pozostawać w dobrym zdrowiu.
Jeżeli od młodych lat uczymy się, że warto o zdrowie dbać, rozumiemy znaczenie aktywności fizycznej, sposobu odżywiania, snu, zdrowia psychicznego, ale także profilaktyki i regularnych badań, zwiększamy szansę na to, że te zachowania będą nam towarzyszyć również w dorosłym życiu. Nie chodzi przy tym o idealny styl życia ani o przekonanie, że dzięki właściwym wyborom możemy uniknąć każdej choroby. Chodzi o świadomość, że na wiele elementów naszego zdrowia mamy realny wpływ i warto z tego wpływu korzystać. Już klasyczna koncepcja pól zdrowia Lalonde’a zwracała szczególną uwagę na znaczenie stylu życia – naszych codziennych wyborów, aktywności fizycznej, sposobu odżywiania czy zachowań profilaktycznych – pokazując jednocześnie, że zdrowie jest wynikiem współdziałania także innych czynników: biologicznych, środowiskowych oraz związanych z funkcjonowaniem systemu ochrony zdrowia.
Dlatego skuteczności edukacji zdrowotnej nie oceniałabym po jednym roku. To jest inwestycja, której prawdziwe efekty zobaczymy po latach – w zachowaniach zdrowotnych, korzystaniu z profilaktyki, sposobie funkcjonowania w systemie ochrony zdrowia, a ostatecznie również we wskaźnikach zdrowia całej populacji. Jeżeli dzięki edukacji zdrowotnej kolejne pokolenia będą żyły nie tylko dłużej, ale przede wszystkim dłużej w dobrym zdrowiu, to będzie chyba najlepsza miara jej sukcesu.
Podręcznik tworzyło wielu specjalistów z bardzo różnych dziedzin. Czy podczas redakcji miała Pani moment refleksji: „tego nie wiedziałam”?
Oczywiście i dodam – całe szczęście. To była chyba jedna z najciekawszych rzeczy w pracy nad tym podręcznikiem. Tworzyli go specjaliści z bardzo różnych dziedzin i właściwie każdy z nas w jednym momencie był ekspertem, a za chwilę stawał się uczniem. Ja również wielokrotnie, czytając kolejne rozdziały, miałam takie momenty: „tego nie wiedziałam” albo „nigdy wcześniej nie patrzyłam na to w ten sposób”. Z wykształcenia jestem ekonomistką, później moje zainteresowania naukowe związały się ze zdrowiem publicznym, więc z ogromnym zaciekawieniem czytałam szczególnie te części, które przygotowywali specjaliści zajmujący się zdrowiem fizycznym, psychicznym czy środowiskowym. Wiele z tych treści było dla mnie naprawdę otwierających. Dowiadywałam się nowych rzeczy, ale też zaczynałam inaczej patrzeć na kwestie, które wcześniej wydawały mi się oczywiste.
I chyba właśnie ta różnorodność perspektyw była dla mnie najciekawsza. Zobaczyłam jeszcze wyraźniej, jak szerokim i złożonym pojęciem jest zdrowie i jak wiele różnych dziedzin wiedzy potrzeba, żeby naprawdę dobrze o nim mówić. Nie wystarczy perspektywa lekarza, psychologa, specjalisty zdrowia publicznego czy dietetyka. Każda z nich pokazuje tylko pewną część większej całości. Dopiero kiedy te różne spojrzenia spotykają się ze sobą, zaczynamy widzieć człowieka i jego zdrowie znacznie pełniej.
I jest jeszcze jedna myśl, która bardzo mocno została mi po tej pracy: zdrowie nie jest projektem do perfekcyjnego wykonania. Mamy wiedzę, mamy pewien wpływ i możemy podejmować decyzje, które naszemu zdrowiu służą. Ale jesteśmy też ludźmi. Mamy różne możliwości, różne warunki życia, emocje, doświadczenia i nie na wszystko mamy wpływ.
Dlatego chciałabym, żeby edukacja zdrowotna była mądra i oparta na nauce, ale jednocześnie bardzo ludzka. Żeby nie budowała w młodym człowieku przekonania, że musi wszystko robić idealnie, tylko pomagała mu lepiej rozumieć siebie i swoje zdrowie, wiedzieć, na co ma wpływ, i trochę lepiej o siebie dbać.
I naprawdę każdemu polecam zajrzenie do tego podręcznika, nie tylko nauczycielom. Sama, mimo że od lat zajmuję się zdrowiem publicznym, bardzo wiele się z niego nauczyłam. Myślę, że każdy znajdzie w nim coś, co go zaciekawi, zaskoczy albo pozwoli spojrzeć na własne zdrowie trochę inaczej.