Głos nauki przeciw dezinformacji
Z najnowszego „Barometru dezinformacji medycznej” UMW wynika, że najczęściej obecną w mediach ekspertką w ostatnim kwartale była prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska z Katedry Wirusologii i Immunologii Instytutu Nauk Biologicznych Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jej głos pojawił się w 146 materiałach, które mogły wygenerować łącznie 21,6 mln kontaktów z odbiorcami. Jak wygląda walka o naukową prawdę z perspektywy osoby, która od lat skutecznie mierzy się z dezinformacją w praktyce? Zapytaliśmy o to prof. Agnieszkę Szuster-Ciesielską.
„Barometr dezinformacji medycznej” pokazuje ciekawą dysproporcję: promotorzy pseudomedycyny pojawiają się w mediach ponad dwa razy częściej niż eksperci, ale przewaga w zasięgu jest już znacznie mniejsza. Czy to oznacza, że w walce z dezinformacją ważniejsza od liczby wystąpień ekspertów jest ich obecność w dużych mediach? Jak Pani z własnego doświadczenia ocenia, gdzie obecność naukowca rzeczywiście ma największy sens?
Duże media są bardzo ważne, bo pozwalają dotrzeć również do osób, które nie obserwują naukowców i nie szukają informacji na ich profilach. Dlatego jedno dobrze przygotowane wystąpienie w ogólnopolskim radiu czy telewizji może mieć większą wartość niż wiele wpisów czytanych głównie przez osoby już przekonane. Nie wyciągałabym jednak z tego wniosku, że liczba i regularność wypowiedzi nie mają znaczenia. Potrzebujemy stałej obecności naukowców, a nie tylko komentarza wtedy, gdy dezinformacja wywoła kolejny kryzys. W swojej działalności łączę wystąpienia w mediach z prowadzeniem własnego profilu. W wywiadzie mogę krótko wyjaśnić najważniejszą kwestię, a na Facebooku rozwinąć temat i odpowiedzieć na konkretne wątpliwości. Największy sens widzę w docieraniu do osób, które jeszcze nie mają wyrobionego zdania albo próbują odnaleźć się w sprzecznych przekazach. Nie chodzi mi o wygranie sporu z promotorem pseudomedycyny, lecz o to, żeby jego odbiorcy mieli dostęp do zrozumiałego, rzetelnego wyjaśnienia.
Szczepienia pozostają w Barometrze jednym z największych i najbardziej trwałych obszarów dezinformacji – w przeciwieństwie do tematów wywoływanych pojedynczym wydarzeniem wracają właściwie bez przerwy. Pani od lat prostuje fałszywe informacje dotyczące szczepień. Dlaczego te same mity są tak odporne na fakty? Czy można je skutecznie „obalić”, czy raczej trzeba się liczyć z tym, że będą powracały w kolejnych wersjach?
Mity o szczepieniach odwołują się do bardzo silnych emocji, zwłaszcza do lęku o zdrowie dzieci. Jeśli rodzic przeczyta dramatyczną historię o chorobie przypisywanej szczepieniu, samo przywołanie wyników badań może nie wystarczyć, by rozwiać jego obawy. Ważne jest też zaufanie: jeśli ktoś uznaje naukowców i instytucje medyczne za niewiarygodne, może odrzucać dowody, które przedstawiają. Dlatego staram się nie tylko podawać fakty, lecz także wyjaśniać, skąd je znamy i dlaczego określone badanie pozwala wyciągnąć dany wniosek. Można wykazać, że konkretne twierdzenie jest fałszywe, ale nie można sprawić, żeby nikt już go nie powtórzył. Te same zarzuty wracają przy kolejnych szczepionkach, czasem z nową nazwą preparatu lub inną historią w tle. To nie znaczy, że prostowanie jest nieskuteczne. Dla mnie miarą sensu tej pracy nie jest to, czy autor fałszywej informacji przyzna mi rację, lecz czy osoba, która ją przeczytała, otrzyma przekonujące wyjaśnienie. Trzeba przy tym rzetelnie mówić również o rzeczywistych działaniach niepożądanych i ograniczeniach ochrony. Nie zbudujemy zaufania, zapewniając, że szczepionki są pozbawione jakiegokolwiek ryzyka.
Według raportu, udział treści fałszywych i mylących jest większy w komentarzach niż w samych publikacjach. Czy dziś jednym z głównych pól dezinformacji nie jest już więc sam materiał medialny, ale dyskusja,która powstaje pod nim? Jak Pani decyduje, kiedy warto wejść w taką rozmowę i prostować fałszywe twierdzenia, a kiedy odpowiedź może tylko zwiększyć ich zasięg?
Tak, dlatego nie uważam, że praca kończy się na opublikowaniu rzetelnego artykułu. Pod nim mogą pojawić się fałszywe twierdzenia, sugestie, że ekspert coś ukrywa, albo osobiste historie przedstawiane jako dowód przeciwko wynikom badań. Osoba szukająca informacji czyta przecież także tę dyskusję. Warto jednak zaznaczyć, że w Barometrze to porównanie dotyczy konkretnie materiałów o „lex szarlatan”, a nie wszystkich publikacji medycznych. Odpowiadam przede wszystkim wtedy, gdy widzę rzeczywistą wątpliwość, powtarzające się nieporozumienie albo twierdzenie, które może skłonić kogoś do niebezpiecznej decyzji. Myślę przy tym także o osobach, które tylko czytają komentarze. Nawet jeśli nie przekonam autora wpisu, mogę pomóc im ocenić jego wiarygodność. Natomiast gdy po wyjaśnieniu rozmówca ignoruje odpowiedź, zmienia temat lub przechodzi do wyzwisk, nie widzę sensu w kontynuowaniu wymiany. Jeśli fałszywa treść ma niewielki zasięg, wolę czasem omówić sam problem na swoim profilu, bez udostępniania oryginalnego wpisu. Chodzi o to, by rozpowszechnić wyjaśnienie, a nie reklamować autora dezinformacji.
Barometr wskazuje też konkretne narracje, które mogą wrócić przy następnym wydarzeniu czy sporze – dezinformacja niejako „recyklinguje” gotowe opowieści. Czy z perspektywy eksperta da się przygotować na taki powrót wcześniej? Co byłoby skuteczniejsze: szybkie reagowanie dopiero wtedy, gdy fałszywa informacja zaczyna się rozchodzić, czy wcześniejsze tłumaczenie tematów, o których wiemy, że za chwilę mogą stać się polem dezinformacji?
Tak, można się przygotować, choć nie przewidzimy każdej fałszywej informacji. Przed sezonem infekcyjnym lub wprowadzeniem nowych zaleceń dotyczących szczepień warto wcześniej odpowiedzieć na pytania, które mogą budzić obawy: co się zmienia, dlaczego i na jakich danych oparto decyzję. Sama staram się nie ograniczać do prostowania mitów. Piszę również o tym, jak działają wirusy i układ odpornościowy, ponieważ zależy mi, żeby czytelnik rozumiał wyjaśnienie, a nie tylko przyjmował zapewnienie eksperta. Większy nacisk położyłabym na taką regularną edukację, ale nie zamiast szybkiego reagowania. Gdy pojawia się niebezpieczna informacja, trzeba ją prostować, zwłaszcza jeśli zaczyna wpływać na decyzje zdrowotne. Wcześniej można natomiast przygotować zrozumiałe materiały, odpowiedzi na najczęstsze pytania i kontakty do ekspertów dostępnych dla dziennikarzy. Warto też tłumaczyć powtarzalne sposoby manipulacji, na przykład przedstawianie pojedynczego przypadku jako dowodu albo pomijanie części wyników badania. Takie inicjatywy jak Barometr mogą pomóc uczelniom, instytucjom zdrowia publicznego i redakcjom lepiej przygotować wspólne działania. Zależy mi, żeby edukacja zdrowotna była stałym elementem tej współpracy, a eksperci mogli liczyć na wsparcie w jej prowadzeniu.